Bilet za 200 funtów do… Hollywood

wwwojtek life4styleJaką szkołę wybrałeś?

Do łódzkiej filmówki spóźniłem się z wysłaniem teczki, więc od razu byłem skreślony. Pierwsze dwa etapy przeszedłem w Katowicach. Jednak kiepsko poszło mi na rozmowie kwalifikacyjnej (śmiech). W komisji zasiadali świetni reżyserzy i gdy zapytali o moje ulubione filmy odpowiedziałem, że są nimi „Maska” i „Gwiezdne Wojny”. Wyśmiali mnie i przystemplowali dwóję (śmiech). Zapytali jeszcze czy lubię filmy Krzysztofa Kieślowskiego, ponieważ wydział jest jego imienia. Odpowiedziałem, że są to bardzo dobre filmy, ale strasznie nudne i dołujące. Jeśli nasz widz będzie przeciętnym „Kowalskim” i będzie miał problemy z kredytem, pracą i marudzącą żoną, to chce iść do kina i na dwie godziny zapomnieć o tych problemach, a nie jeszcze bardziej się smucić. Jak komisja to usłyszała, zapytała z niedowierzaniem w oczach: „Kieślowski jest nudny?!” i to było takie delikatne podziękowanie mi za rozmowę (śmiech).

Zatem nie dostałeś się do szkoły w Katowicach, ale za to dostałeś się do Londynu?

Tak. Najpierw dostałem się do Buckinghamshire New University. Przez rok uczęszczałem tam na studia, na kierunek Film & TV Production, i przyznam, że nie spełnił moich oczekiwań. Ja miałem już pewne doświadczenie, bo jak wspominałem, napisałem już kilka scenariuszy i posiadłem dużą wiedzę z fachowej literatury, a nasi wykładowcy przez rok uczyli nas włączać kamerę. Na zakończenie roku musieliśmy zrobić swój własny, krótkometrażowy film na zaliczenie. Dostałem wolną rękę i 50 funtów budżetu. Uznałem, że te pieniądze są wystarczające akurat na bilet do Polski (śmiech). Dostaliśmy miesiąc przerwy na zrobienie tego projektu, więc wróciłem do kraju i znalazłem firmę, która nazywa się 24MEDIA. Prostu z mostu powiedziałem, że jestem studentem i nie mam ani sprzętu, ani budżetu, ale za to mam autorski scenariusz. Film nosił tytuł „Raj” i scenariusz im się spodobał, więc postanowili dać mi szansę. 24MEDIA była firmą, która jako bodajże pierwsza w Polsce dysponowała kamerą, nazwijmy to „prosto z Hollywood”, która nazywa się Red One. To kamera, na której zaczął pracować cały przemysł filmowy w Stanach Zjednoczonych. Jako pierwszemu w Polsce pozwolono mi użyć właśnie tego sprzętu do nakręcenia filmu – „Raju”. Wcześniej pojawiały się tylko nieśmiałe próby używania tej kamery do testów i zapewne jakiś teledysków. W tym samym czasie Lech Majewski zaczął kręcić „Młyn i krzyż”. „Raj” to był mój pierwszy, prawdziwy film. Na planie zrobiłem bardzo dużo błędów i wszyscy się ze mnie śmiali, ale jakoś poszło. Później moja szkoła wysłała „Raj” na Studencki Festiwal Filmowy w Wielkiej Brytanii i dostałem nagrodę dla najlepszego filmu. W ostateczności, po roku zrezygnowałem z tej uczelni. Chwilę później wraz z Piotrem Jamrozem zakwalifikowaliśmy się do finałowej szóstki konkursu na scenariusz, który był organizowany przez Polski Instytut Sztuki Filmowej i Stowarzyszenie Scenarzystów. W ramach nagrody zaproszono nas na warsztaty do Warszawy na Script Forum, gdzie nasze treatmenty scenariuszowe były omawiane i poprawiane.

Później przyszedł czas na Central Film School London?

Dokładnie. Niestety rok studiów na tej uczelni kosztował 17,5 tysiąca funtów, więc od razu stwierdziłem, żeby się na to nie nastawiać, bo nigdy nie widziałem takich pieniędzy na oczy, ale mimo wszystko postanowiłem aplikować. Stwierdziłem, że zacznę się martwić, jeśli się dostanę. W między czasie zdążyłem jeszcze nakręcić „Odludzie” i „Przesłuchanie”. Filmy zrobione na własną rękę, poza szkołą. Pierwszy kosztował 900 złotych, drugi 20 funtów. „Przesłuchanie” do tej pory robi furorę i jeszcze nikomu nie udało się odgadnąć jego zakończenia, najbliżej była siostra mojej dziewczyny Agaty. Wracając do sedna, miałem w tym czasie już trzy własne produkcje, więc postanowiłem tylko czekać na wyniki rekrutacji. Jak wiadomo, opłacenie studiów z własnej kieszeni byłoby ogromnym wydatkiem, ale uczelnia posiadała zapis, że osoba, która dostanie się na rok z pierwszego miejsca, automatycznie otrzymuje stypendium pokrywające około 80% kosztów. Przesłałem więc swoje filmy i kilka scenariuszy. Po jakimś czasie, zadzwonił do mnie sam dyrektor, zapraszając na egzamin wstępny. Byłem bardzo zaskoczony i pierwsze o czym pomyślałem, to że nawet mnie nie stać na bilet do Londynu (śmiech). Mieszkałem wtedy w High Wycombe, odrobinę poza Londynem. Pożyczyłem jednak pieniądze od współlokatora i pojechałem. Rozmowa była bardzo przyjemna, dyskutowaliśmy o kinie i produkcjach filmowych. Moje prace również bardzo im się spodobały. Po jakimś tygodniu, otrzymałem telefon z wiadomością, że dostałem się i to z pierwszego miejsca na liście. Nie mogłem w to uwierzyć i w pierwszej kolejności poprosiłem kumpla żeby mnie uszczypnął! Przeprowadziłem się do Londynu i zacząłem studia. Na pewno nie udało by mi się ukończyć tej prestiżowej uczelni, gdyby nie rodzice, którzy niesamowicie wspierali mnie finansowo i duchowo. Chciałbym im z tego miejsca bardzo serdecznie podziękować za włożony trud i zszargane nerwy z mojego powodu (śmiech).

Miałeś też szansę uczyć się w Nowym Jorku, w szkole samego Lee Strasberga.

Tak, w ramach warsztatów, przez dwa tygodnie. Głównym założeniem było postawienie nas, studentów reżyserii, na scenie i nauczenie jak dawać wskazówki reżyserskie. Mieliśmy poczuć, co to znaczy „wejść w postać” i działać według technik metodycznego aktorstwa.

Branża filmowa jest bardzo wymagająca. Co więcej, konkurencja jest ogromna. Jak udało Ci się przebić?

Ja uważam, że jeszcze się nie przebiłem. Do tego jeszcze daleka droga i z pokorą patrzę w swoją przyszłość. Sporo brakuje mi do najlepszych i z każdym dniem i z każdym nowym obejrzanym filmem uczę się i staram poprawiać. Uznam, że zaczynam coś osiągać, gdy zrobię pierwszy film pełnometrażowy, który pojawi się w kinach, po seansie którego widzowie będą zadowoleni. Krytycy i ich uznanie jest dla mnie nie tak istotne, natomiast widz ma zawsze rację bo to w końcu on płaci za bilet (śmiech).

Tak czy inaczej, w Wielkiej Brytanii osiągnąłeś już sporo. Dlaczego postanowiłeś wrócić do Polski?

W Londynie miałem fajną pracę w agencji reklamowej, gdzie zarabiałem też niezłe pieniądze, jednak mojawwwwojtek life4style szefowa miała wobec mnie matrymonialne zamiary (śmiech). Musiałem szukać nowego zajęcia. Postanowiłem jednak, że na kilka miesięcy wrócę do Polski, żeby odpocząć. Tak się złożyło, że w tym czasie dostałem ofertę pracy w Telewizji Polskiej, do tego miałem rozmowę kwalifikacyjną w sprawie reżyserowania sztuki w teatrze. A przede wszystkim w Warszawie poznałem moją dziewczynę. No i te trzy powody przekonały mnie do tego, żebym jednak został w kraju. Razem z moim wspólnikiem Michałem Balem rozkręcamy krok po kroku firmę (BIG MW Entertainment), której głównym założeniem ma być produkcja telewizyjna i filmowa. Przygotowujemy teraz pierwszy teledysk, którego zdjęcia powinni ruszyć jeszcze w kwietniu. Zobaczymy co potem.

Kto jest Twoim autorytetem jeśli chodzi o reżyserię?

Roman Polański i David Fincher. Finchera uwielbiam za kreowanie atmosfery w kryminałach i thrillerach, a Polańskiego za całokształt, pomijając kilka wpadek jak chociażby „Gorzkie gody” czy „Dziewiąte wrota”. Fascynuje mnie też Christopher Nolan, jego przemyślane scenariusze. „Incepcja” była świetna.

A Twój ulubiony film?

Jest ich kilka. Mam też taką tendencję, że jak podoba mi się jakiś film to oglądam go nawet po kilkadziesiąt razy. Tak było w przypadku „Autora widmo”, Romana Polańskiego, który oglądałem 43 razy. Bardzo podoba mi się też „Lokator”, „Chinatown”, „Dziecko Rosemary”, „Nóż w wodzie” i „Frantic”, wszystkie wymienione są również filmami Polańskiego. Uwielbiam też filmy Hitchcocka – „Psychoza” czy „Człowiek, który wiedział za dużo” to dla mnie absolutne hity. Oprócz tego, jednym z moich ulubionych jest „V jak Vendetta”, ponieważ bardzo pociąga mnie walka jednostki z systemem i sam chciałbym opowiadać o tym w moich filmach. Uważam, że tytułowy „V” jest bohaterem szalenie inteligentnym – na wskroś negatywny i na poły pozytywny, bo robi dobre rzeczy, wybierając przy tym ekstremalne środki.

Jaki gatunek kręci Cię najbardziej?

Thriller i kryminał. Science-fiction również jest cudownym gatunkiem. Kręci mnie też wszystko, co ma świetny scenariusz i łączy sztukę z komercją. Wiem, że chce robić kino stricte rozrywkowe, pewnie to jest też kwestia dojrzałości – mam dopiero 25 lat i brak ważkich wydarzeń w moim życiu, które inspirowałyby mnie bądź predestynowały do opowiadania o ważnych problemach. Chcę iść w ślady Christophera Nolana – inteligentne, rozrywkowe kino podszyte odpowiednimi wartościami. Nie ukrywam, że kręci mnie też kino klasy B (śmiech).

Takim przykładem jest „Odludzie”?

Trochę tak. W Hollywoodzkim kinie klasy B, w gatunku, który nazywa się horror/slasher zawsze irytują mnie pewne kwestie, które są fundamentem każdego scenariusza. A mianowicie, bohaterom zawsze kończy się paliwo, nie mają zasięgu w telefonie i podejmują irracjonalne decyzje. Z tego powodu, razem z przyjacielem, który jest scenarzystą, uznaliśmy, że napiszemy coś, co będzie opierało się na obaleniu tych stereotypów. W moim „Odludziu”, w środku nocy pewna para spędza romantycznie czas w samochodzie na skraju lasu. Kobieta zauważa postać, która ich rzekomo obserwuje, przez co jej partner, postanawia wyjść na zewnątrz, by to sprawdzić. Sytuacja, w której znajduje się bohaterka jest przeciwieństwem amerykańskich slasher’ów, ponieważ kobieta ma kluczyki do auta, zamyka się w nim od środka, ma pełen bak paliwa, do tego dzwoni na policję i generalnie nic złego się jej nie dzieje. Ale zakończenia nie będę zdradzał. Fajnie było widzieć w kinie strach i napięcie wśród widzów i nie słyszeć komentarzy w stylu „Głupia dziewczyno, nie idź tam, tam jest morderca!”. Chociaż parę osób też się śmiało (śmiech).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ