Pewnego razu na Bałkanach

 balkany obrazlife4style

„Nigdy czegoś tak pięknego nie widziałam”. To była jedna z bardziej nadużywanych przeze mnie fraz. Pierwszy raz użyłam jej w Sarajewie, choć żeby zakochać się w tym miejscu,potrzeba czasu. Wschodnie Sarajewo z kolei tak właśnie wygląda, nie ma tam nic prócz ostrzelanych blokowisk i kilku supermarketów. To miasto stanowi jedną wielką mieszankę kulturalną.  Na dworcu podróżnych wita billboard, pamiętający jeszcze czasy Olimpiady z 1986 roku, a dalej jest tylko ciekawiej. W tej części miasta nie sposób nie czuć się jak na stereotypowym Zachodzie. Wysokie budynki, ciekawie zaadaptowane kamienice, kobiety na szpilkach biegające ze swoimi iphonami i korporacje. Wszystko jednak zaprojektowane z klasa i wyczuciem. Dużo zieleni, ładnie zagospodarowany park Vrelo Bosna, stonowana ilość pomników. Nie sposób uwierzyć, że właśnie to miasto było doszczętnie zbombardowane podczas wojny bałkańskiej. O bohaterskiej śmierci tych, którzy na przestrzeni lat bronili miasta, przypomina  wieczny ogień-pomnik upamiętniający ofiary drugiej wojny światowej, został postawiony w 1946 r. w rocznicę wyzwolenia miasta spod niemieckiej okupacji oraz cmentarz górujący nad miastem. Mijam jeszcze kościół katolicki z imponującym pomnikiem papieża Polaka w pobliżu i momentalnie przekraczam granicę dwóch światów. Informuje też o tym słynna linia nakreślona na betonie,która mówi o spotkaniu dwóch kultur. Od razu zapragnęłam wziąć w nim udział. 

Przejeżdżając Bośnię czułam się jak stereotypowy Azjata. Nie sposób było oderwać rąk od aparatu skoro na każdym zakręcie czaił się krajobraz piękniejszy od poprzedniego. Przejrzyste akweny ogrodzone były zewsząd łańcuchami gór, a w tafli jeziora odbijało się słońce. Obserwując świat za szybą, czułam się jak przedszkolak podczas pierwszej jazdy samochodem.  Bardzo bawiło to ludzi, którzy mnie podwozili. Widziałam jednak, że przede wszystkim, rozpiera ich duma.

Nie zawsze jednak dało się uciec od historii. Zwłaszcza w Macedonii. Macedończycy mają bardzo polskie poczucie humoru. Jeden z uroczych kierowców powiedział mi, że w ich kraju nie mają problemu z pieniędzmi, bowiem nie można mieć problemu z czymś co nie istnieje. Są przemili, ale bardzo wyczuleni na punkcie Albańczyków. Niejednokrotnie podejrzliwie lustrowali naszą ekipę, kiedy wyliczając miejsca, w których byliśmy, nieopatrznie wymienialiśmy Albanię. Potem nauczyliśmy się, żeby mówić „Jechaliśmy przez Albanię, bo chcieliśmy jak najszybciej znaleźć się w Macedonii”. Choć Albańczycy są bardzo silną mniejszością, zwłaszcza w aglomeracji Skopje, w oddalonej o nieco ponad 100 kilometrów Ochrydzie, słynącej z ujmującego krajobrazu nad jeziorem, słowo Albania nie powinno tam padać.

Co innego w Skopje. W dzielnicy muzułmańskiej roiło się od stoisk z koszulkami albańskimi, o 21 zakrywano wszystkie półki z alkoholem a o 17 z 5okolicznych meczetów dobiegało donośne wezwanie do modlitwy. Pierwotnie w tej części stolicy, był absolutny zakaz spożywania alkoholu. Okoliczni właściciele knajp postanowili nieco zliberalizować surowe prawo, ponieważ europejscy turyści to dla nich ważne źródło dochodu. Dzielnica muzułmańska to de facto  jedyna rzecz, którą warto zobaczyć w Skopje.  Reszta miasta balansuje na granicy kiczu i żartu. Socrealistyczne budynki wyrastają znad całej masy pomników i pozłacanych mostów. Monumentów jest prawdopodobnie więcej niż mieszkańców Skopje. Nawet oni czują się zażenowani tą architektoniczną fantazją. „Nie lepiej byłoby wydać te pieniądze na drogi? A tak – mamy sto pomników w centrum i londyńskie autobusy kupione od Chińczyków – wzdychali z bezsilności Macedończycy, którzy wieźli nas do stolicy.  

Bałkany to prawdziwie magiczna kraina. Rzadko kiedy tyle cudów przyrody jest tak licznie nagromadzonych w jednym regionie. Nie zawsze jest jednak kolorowo. Bośniacy nie rozumieją dlaczego Bóg znowu każe tak piękne miejsce i zsyła fale powodzi, Macedończycy martwią się,że przez masowe emigracje ich kraj stanie się de facto  drugą Albanią, Albańczycy z kolei muszą borykać się z zacofaniem i dopiero od niedawna zniesioną izolacją międzynarodową (dopiero od 20 lat jeżdżą tam samochody, które i tak są teraz zatrzymywane przez grupy głodnych, cygańskich dzieci), zaś Serbowie? Serbowie sprzedają koszulki z podobizną Putina, które głoszą „Kosowo jest serbskie, Krym jest rosyjski”.

Katarzyna Mierzejewska

ZOSTAW ODPOWIEDŹ