dzieci-kontra-rodzice-kto-tu-naprawde-rzadzi

Dzieci kontra rodzice: kto tu naprawdę rządzi? – Cicha wojna o rację w domach – i dlaczego wygrana jednej strony nie oznacza prawdziwego zwycięstwa

Współczesne rodzicielstwo utknęło między dwiema skrajnościami. Z jednej strony słyszymy, że dziecko trzeba „wysłuchać, zrozumieć i podążać za jego emocjami”. Z drugiej – że potrzebuje zasad, wartości i jasnych granic. W efekcie wielu rodziców miota się między poczuciem winy a frustracją. Albo są „za miękcy”, albo „za twardzi”. A dzieci? Coraz częściej wchodzą w otwarte spory o rację, testując cierpliwość dorosłych i „terroryzując” domowe otoczenie.

„Problem nie polega na tym, że dzieci dziś są trudniejsze” – mówi Zbyszek Dzideczek, zawodowy negocjator, autor książek, ojciec pięciorga dzieci i dziadek sześciorga wnucząt. „Problem polega na tym, że dorośli nie wiedzą, czy mają być przywódcą, czy kumplem. A dziecko potrzebuje i jednego, i drugiego – tylko w odpowiednich proporcjach.”

Mała czapka, wielka wojna

Wojna o rację zaczyna się niewinnie, np. od pełnych emocji dialogów typu: „Załóż czapkę!” – „Nie chcę!”; „Masz ją założyć!” – „Nie!”. To nie jest rozmowa o czapce. To rozmowa o wpływie. O tym, kto decyduje. W wielu domach takie mikrostarcia powtarzają się codziennie – przy odrabianiu lekcji, wyłączaniu telefonu, sprzątaniu pokoju.

„Kiedy słyszę, że dziecko ‘wchodzi komuś na głowę’, pytam: a gdzie były wcześniej granice?” – mówi Zbyszek Dzideczek. „A kiedy słyszę, że rodzic ‘musi pokazać, kto tu rządzi’, pytam: czy naprawdę o rządzenie tu chodzi?”

Jego zdaniem współczesna debata o wychowaniu zbyt często stawia fałszywy wybór – albo bliskość, albo zasady. „To absurd. W negocjacjach wiemy, że twardość wobec problemu może iść w parze z empatią wobec człowieka. W domu działa dokładnie to samo.”

Chaos i bunt w czasach zmian

Bliskość bez granic rodzi chaos. Granice bez relacji rodzą bunt. „Jeżeli dziecko może o wszystkim decydować albo wszystko wynegocjować, przestaje czuć się bezpiecznie, bo świat bez ram jest niepokojący” – podkreśla negocjator. „Ale jeśli każde ‘dlaczego?’ kończy się rodzicielskim ‘bo tak’, to nie uczymy odpowiedzialności, tylko uległości albo sprytu.”

Do tego dochodzą problemy współczesnego świata – coraz więcej rodzin jest rozbitych, rodzice pracują w różnych godzinach, a dzieci często dorastają w domach patchworkowych lub oddzielnie od jednego z rodziców. „To komplikuje relacje jeszcze bardziej” – dodaje Zbyszek Dzideczek. „Dziecko potrzebuje spójności i przewidywalności. Kiedy jej brak, testuje granice intensywniej – i często przy użyciu całego repertuaru negocjacyjnych sztuczek, które samo obserwuje u dorosłych.”

Podejście eksperta bywa niewygodne dla obu stron ideologicznego sporu. Zwolennikom pełnej swobody przypomina, że autorytet nie jest przemocą. Zwolennikom twardej ręki – że strach nie jest szacunkiem. „Dziecko to nie terrorysta. Ono nie planuje zamachu na porządek domowy. Ono sprawdza, czy dorosły wie, dokąd prowadzi.” – mówi Zbyszek Dzideczek, którego książka o przewrotnym tytule „Negocjator
w domu – dzieci to nie terroryści!”
 już wkrótce ujrzy światło dzienne.

Negocjacje zaczynają się od słuchania

Jako zawodowy negocjator Zbyszek Dzideczek przez ponad dwadzieścia lat prowadził rozmowy, w których stawką były często milionowe kontrakty czy losy innych ludzi. Dziś mówi wprost: „Najtrudniejsze negocjacje prowadziłem przy stole kuchennym.” Dlaczego? „Bo w domu nie chodzi o kontrakt. Chodzi o relację. A relacji nie można wygrać.”

Jego zdaniem pierwszym krokiem jest oddzielenie potrzeby od zachowania. „Dziecko, które krzyczy, że nie odrobi lekcji, rzadko walczy o brak edukacji. Częściej walczy o odpoczynek, uwagę albo poczucie sprawczości. Jeśli odpowiadamy tylko na zachowanie, konflikt rośnie. Jeśli zobaczymy potrzebę – pojawia się przestrzeń do rozmowy.”

Nie oznacza to rezygnacji z zasad. „Granice są nienegocjowalne w obszarze bezpieczeństwa i wartości. Ale sposób dojścia do nich – już tak. Można powiedzieć: ‘Masz to zrobić’, ale można też powiedzieć: ‘To jest ważne i nie podlega dyskusji – zastanówmy się, jak chcesz to zrobić’. Efekt wychowawczy jest zupełnie inny.”

Autorytet nie polega na wygrywaniu

Wielu rodziców przyznaje, że najbardziej boi się utraty kontroli. „Kontrola to złudzenie” – odpowiada Zbyszek Dzideczek. „Możesz kontrolować małe dziecko. Nastolatka już nie. Ale możesz budować wpływ. A wpływ rodzi się z konsekwencji i szacunku.” Jako ojciec pięciorga dzieci i dziadek sześciorga wnucząt mówi z perspektywy praktyka: „Wychowanie to maraton, nie sprint. Jeśli wygrasz każdą bitwę, możesz przegrać wojnę o relację. A jeśli nie postawisz żadnej granicy, dziecko zostanie z ciężarem decyzji, których nie powinno dźwigać.”

Dlatego proponuje trzecią drogę – pomiędzy bezwarunkową uległością a autorytaryzmem. Drogę rozmowy, w której dorosły nie abdykuje z roli lidera, ale też nie zamyka ust dziecku.

Zjawisko, które wymaga nowego języka

Coraz więcej rodziców szuka dziś równowagi. Nie chcą wychowywać przez strach, ale nie chcą też rezygnować z zasad. Potrzebują języka, który pozwoli im łączyć wartości z bliskością. „Największym mitem jest przekonanie, że jeśli dziecko się z nami nie zgadza, to znaczy, że nas nie szanuje” – podsumowuje Dzideczek. „Spór nie jest zagrożeniem dla rodziny. Brak rozmowy – jest.”

Już wkrótce dostępna będzie wyjątkowa książka dla rodziców „Negocjator w domu – dzieci to nie terroryści!”, w której autor rozwija tę perspektywę i pokazuje, jak przenieść zasady skutecznych negocjacji do codzienności rodzinnej – tak, by granice nie były murem, lecz ramą, a rozmowa nie zamieniała się w walkę o władzę. Bo w domu nie chodzi o to, kto ma rację. Chodzi o to, kto potrafi usłyszeć drugą stronę – i nadal pozostać dorosłym.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ