Teatr bez kija w tyłku

Jak często chodzicie do teatru? No właśnie. Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego tak jest? Wyobraźcie sobie teatr, w którym śmiejecie się do rozpuku bez poczucia wstydu. Nawet jeśli wasz towarzysz płacze ze wzruszenia, a inny bacznie obserwuje przebieg fabuły. Miejsce, gdzie każdy ma prawo do swojej interpretacji. Niemożliwe? Ja mam go na co dzień

„To nie są drzwi. Kodycyl fotografji” w Teatrze Mumerus w Krakowie /fot. Ilja van de Pavert 

Grypa wciąż nie dawała mi spokoju. Nie mogłam nawet pisać, a miałam już sporo zaległości. W końcu wypiłam ostatnią saszetkę aspiryny, a co gorsza całkowicie zbrzydła mi też herbata malinowa, imbir i cytryna. Z tego powodu wstałam z łóżka i postanowiłam wybrać się do teatru. Mogłam w ten sposób upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze usprawiedliwić się przed samą sobą, że mimo choroby robię coś konstruktywnego, a po drugie nakarmić mojego teatralnego głoda. Zobaczyłam na Facebooku zaproszenie na sztukę „To nie są drzwi. Kodycyl fotografji” w Teatrze Mumerus, dlatego szybko wygrzebałam się z pościeli i zasmarkanych chusteczek. Potem włożyłam najwygodniejszą rzecz na świecie i bez makijażu poleciałam na tramwaj. Nie zabrałam ze sobą nikogo, bo wstydziłam się swojego tragicznego stanu. Spędziłam wtedy trzy dni plackiem w łóżku. Normalnie nie pokazałabym się nikomu na oczy, ale wiedziałam, że w Mumerusie, aktorzy będą w kostiumach, które przykryją mój niewyjściowy image. Mogę tam liczyć na rodzinną atmosferę oraz brak oceny, o które tak trudno w innych teatrach.

Wiedziałam, że mogę liczyć na kostiumy aktorów / fot. Ilja van de Pavert 

Możesz się śmiać tylko ze wszystkimi

Dlaczego? Zastanówcie się jaka aura towarzyszy waszym wizytom w teatrze? Ta atmosfera podszyta pompatycznością, z którą nie każdy umie sobie poradzić. Wielu z was niechętnie usiądzie w pierwszym rzędzie, obawiając się niespodziewanej interakcji z aktorami. U mnie zwycięża miłość do teatru oraz wrodzona asertywność. Co nie zmienia faktu, że wyjście np. do Teatru Narodowego, wiąże się z bardziej oficjalnym strojem, a często nawet ukrywaniem naszych naturalnych zachowań, czy prawdziwych opinii. O wiele trudniej jest wyrazić się krytycznie o sztuce w Narodowym niż o spektaklu teatru alternatywnego. W pierwszym przypadku narażamy się na nieprzychylne komentarze „specjalistów”, którzy stwierdzą, że jeśli nie rozumiesz, to jesteś idiotą i się nie znasz. Właśnie, dlatego śmiejesz się tylko wtedy kiedy wszyscy to robią. Nie chcesz, żeby uznali cię za ignoranta. Nie martw się to zrozumiałe. Musisz być jednak świadomy, że ludzie, którzy szufladkują cię w ten sposób, zwykle chodzą do teatru „na pokaz”. Nie robią tego z chęci zakosztowania kultury wysokiej. Po prostu chcą bywać w miejscach, w których szukają rozrywki ludzie inteligentni. Skąd wiem? Często podczas antraktów pytałam innych, co myślą o sztuce. Szybko okazało się, że ludzie gromkimi brawami oklaskują coś, z czego wyszliby po kwadransie. Argument? „Nie byłam zbyt skupiona podczas sceny, o którą Pani pyta, ale sztuka fajna. Znajoma też była i mówiła, że jej się podobało. W dodatku w tym teatrze spektakle są na bardzo wysokim poziomie”. Właśnie z tego powodu doceniam pracę teatrów nieinstytucjonalnych. One przyciągają widza nie „prestiżowymi murami”, ale poziomem aktorstwa i wyjątkowym podejściem.

Wiedzieliśmy, że możemy się spodziewać absolutnie wszystkiego / fot. Ilja van de Pavert 

Reżyser wita cię osobiście

Kiedy dotarłam do teatru, przywitała mnie uśmiechnięta twarz szatniarki. Schodząc po schodach, ktoś krzyknął „cześć”. Szybko okazało się, że nie znam tego człowieka, ale on upierał się, że jeżeli nie spotkał mnie na ścieżce zawodowej, to musiał pić ze mną wódkę. No nic, stwierdziłam, że musiała być bardzo mocna. Przed drzwiami ustawiliśmy się w kolejności dowolnej: kobieta w eleganckiej sukience, facet w jeansach i ja z moim katarem. Wszyscy czuliśmy się tak samo na miejscu. Opis spektaklu niczego nie zdradzał. Większość z nas widziała już wcześniej dzieła Teatru Mumerus i wiedziała, że może się spodziewać absolutnie wszystkiego, co wychodzi poza schemat. Na sali było sporo obcokrajowców – coś niespotykanego, kiedy językiem sztuki jest polski. Natychmiast rozpoznałam dyrektora teatru i reżysera, który co jakiś czas dyskretnie sprawdzał, czy wszyscy zainteresowani spektaklem już są. Gdyby komuś spóźnił się tramwaj, również miałby szansę zdążyć. Potem osobiście otworzył nam drzwi. Czuliśmy się jak goście, których zaproszona do wzięcia udziału w jakimś wspólnym obrzędzie. Zero formalizmu.

Aktor leży pod deską z wywalonym językiem. Od razu poczułam się jak u siebie w domu / fot. Ilja van de Pavert 

Postacie zza światów

Weszłam i od razu poczułam się jak u siebie. Jeden z aktorów (Jan Mancewicz) z wywalonym językiem leży na grubej desce i co kilka minut mierzy nas przeszywającym wzrokiem. Wszyscy obecni na scenie mają twarze pomalowane białą farbą. Tak jakby nie byli z tego świata. Być może już nie żyli. Po prawej stronie tajemniczy człowiek w kapturze tasuje karty. Zaraz potem na scenie pojawiają się baletnice. Cały czas patrzą przenikliwie na jakiś punkt. Mają nieobecny wzrok. Odniosłam wrażenie, że ciągle pozują do zdjęć. Kiedy się ustawiamy, również staramy się nie zamykać oczu. Ciągle mam w głowie ich trupie spojrzenie. Wszystkie postacie wydają się należeć do przeszłości. Każdy z bohaterów ma swoje natręctwa, które potrafi ukryć, aby nienagannie zaprezentować się na zdjęciu. Jedna postać ciągle się drapie, inna wciąż powtarza modlitwę i jeszcze mężczyzna, wymiotujący do wiaderka. Jednak w momencie wykonywania zdjęcia, wszyscy wracają do ustalonej pozy. Dokładnie tak jak my. Na zdjęciu staramy się zawsze wyjść jak najlepiej: uśmiechamy się, ukrywamy worki pod oczami i brzuch po ciąży.

Ciach i kolejna klatka/ fot. Ilja van de Pavert 

„Czy ja Ciebie kiedyś znałem…”

Kiedy ze sceny zniknęły aparaty, symbolem klatki stała się jedna z tancerek, która odmierzała każde zdjęcie nożyczkami: „ciach” i następne ujęcie. Ciekawa była również kreacja mężczyzny, wywołującego zdjęcia. Miał zdecydowany tembr głosu, dlatego uznałam, że jest kimś w rodzaju kata. Jedynym dłuższym dialogiem była rozmowa postaci z różańcem, która wydawała się najbliższa temu światu (Anna Lenczewska) i mężczyzny pod deską (Jan Mancewicz). Przejmujące słowa: „Czy ja Ciebie kiedyś znałem? Czym ja istniał w Tobie? Czyśmy na planecie jakiejś wspólnie żyli? Czekaj, czekaj, ja muszę przypomnieć sobie. O czym to ja mówiłem? O księdzu Fauście? Lecz we mnie jakaś dusza czai się pogańska. Umiłowanie życie namiętne, bezkresne. Może jutro sobie przypomnę…” Bohaterowie wypowiadali te słowa w formie do siebie w odwróconej kolejności. Później stały się ich mantrą. Na koniec postać w kapturze (Bartłomiej Zdeb) przykryła pozostałych płachtą i w ten sposób zakończyła sztukę. Otworzyło to nową ścieżkę interpretacji. Jego postać stała się synonimem śmierci, która w swoim danse macabre, tasuje karty życia bohaterów, przez co wpływa na jego bieg oraz decyduje o końcu.

„Czy ja Ciebie kiedyś znałem? Czym ja istniał w Tobie? ” / fot. Ilja van de Pavert 

Możesz mieć mnóstwo pytań

Wychodząc, każdy mógł uścisnąć dłoń reżysera i porozmawiać z nim o sztuce. Widzowie bez skrępowania potrafili przyznać, że czegoś nie zrozumieli. Po spektaklu miałam mnóstwo pytań, dotyczących interpretacji, ale Wiesław Hołdys – twórca sztuki powiedział z uśmiechem, że sama muszę sobie na nie odpowiedzieć. Każdy z nas mógł wymienić się spostrzeżeniami i wszystkie były równie ważne i słuszne. To dlatego śmialiśmy się w różnych momentach.

Danse macabre i tasowanie kart / fot. Ilja van de Pavert 

Nikt nie jest ignorantem

Po spektaklu z przyjemnością posprzeczałam się z kilkorgiem widzów o to, czym był punkt, w który wpatrywali się bohaterowie sztuki. Nikt nie nazwał nikogo ignorantem. Przecież poza oczami każdy z nas ma okulary swojej i wyobraźni, przez które ogląda świat. Dlatego, kiedy następnym razem ktoś powie ci, że jesteś niekulturalny, bo zbyt głośno się śmiejesz albo wyzwie cię od niedouczonych, bo widzisz coś inaczej, poproś go, żeby ściągnął swoje okulary. Kto wie – może się czegoś nowego nauczy?

Macie podobne doświadczenia? A może wręcz przeciwnie? Piszcie o tym w komentarzach.

Klaudia Oleksińska

4 komentarze

  • Matylda napisał(a):

    Również uważam, że teatry istniejące w tzw. podziemiu maja bardzo dużo do zaoferowania. Są świeże, ciekawe i zdecydowanie częściej potrafią zaskoczyć odbiorce. Myślę, że niebawem wybiorę się do Teatru Mumerus. Myślę też o wizycie w Teatrze Odwróconym. Bardzo dobry tekst!

  • Dorota Morawetz napisał(a):

    Pisze pani obszernie o spektaklu, o swoich wrażeniach, odbiorze, interpretacjach. To świetnie. Skoro jednak nie zadaje sobie pani trudu by sprawdzić nazwiska realizatorów, to już gorzej. Publikuje pani zdjęcia aktorów ubranych w kostiumy i opatruje je pani komentarzem “wiedziałam, że mogę liczyć na kostiumy aktorów”/ fot. Ilja de Pavert.. Co przez to stwierdzenie chce pani przekazać czytającemu? Zakłada pani, że aktorzy zrobili sami swoje kostiumy, albo może, że to pan Ilja de Pavert jest ich autorem? To jakiś paradoks, jeśli nazwisko autora fotografii staje się istotniejsze od tych, których pracę artystyczną fotografia ta dokumentuje. Pomijanie realizatorów, zwłaszcza wówczas, gdy pokazuje się w sposób tak oczywisty efekty ich pracy, jest nie tylko niedopatrzeniem, ale po prostu nadużyciem praw autorskich. Oczywiście słusznie, że zdjęcia są podpisane nazwiskiem fotografa, ale kuriozalne jest to, że twórcy strony wizualnej spektaklu są przy tej okazji pomijani. Zdanie “wiedziałam, że mogę liczyć na kostiumy aktorów” bez dodania, kto jest ich autorem, sugeruje, jakoby to aktorzy sobie sami je zrobili, a osoba scenografa-kostiumografa nie istniała, albo jak gdyby kostiumy te były wynikiem jakiejś anonimowej działalności lub może kreacją zbiorową. Mam nadzieję, że dzięki temu wpisowi postara się pani dotrzeć do pełnej informacji o realizatorach spektaklu i wprowadzi odpowiednie poprawki, gdyż w innym wypadku przyczynia się pani swym tekstem do rozpowszechniania fałszywej wiedzy na temat przedstawienia i jego twórców.

    • Klaudia Oleksińska napisał(a):

      Pani Doroto, bardzo dziękuję za Pani opinię. Kiedy w przyszłości będę pisać recenzję spektaklu z pewnością, zastosuję się do Pani wskazówek, jednak proszę zwrócić uwagę na to, że tekst ma formę felietonu, która rządzi się nieco innymi prawami niż recenzja. Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do lektury kolejnych tekstów.

  • Wiesław Hołdys napisał(a):

    Jako reżyser spektaklu nie stwarzałbym problemu z podpisów autora tekstu . Nie oznaczają one wcale, ze autorem kostiumów są aktorzy albo Ilja van de Pavert. Zresztą tekst jest ciekawy i napisany z dobrą wolą. Niemniej jednak, rzeczywiście, listę twórców spektaklu można (i trzeba zamieścić) – co niniejszym czynię:
    Teatr Mumerus
    TO NIE SĄ DRZWI
    Kodycyl fotografji.

    Scenariusz, reżyseria, przestrzeń: Wiesław Hołdys

    Wykonawcy: Ewa Breguła, Monika Gigier, Anna Lenczewska, Alicja Margolin, Marcin Kapusta, Jan Mancewicz, Bartłomiej Zdeb, Robert Żurek

    Kostiumy: Dorota Morawetz
    Ścieżka dźwiękowa: Michał Braszak
    Instalacje : Tadeusz Przybylski

    Asystent reżysera: Agnieszka Dziedzic
    Współpraca organizacyjna: Maria Śmiłek
    Nagrań wokalnych dokonał zespól w składzie: Katarzyna Chodoń, Monika Gigier, Agnieszka Nastalska, Anna Sitko oraz Alicja Margolin

    Projekt plakatu i ulotek: Jan Polewka
    Projekt jest współfinansowany ze środków Gminy Miejskiej Kraków oraz jest realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego.
    .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

247 More posts in Bez kategorii category
Recommended for you
Martyna Wojciechowska: 5 razy byłam zaręczona
Martyna Wojciechowska: Pięć razy byłam zaręczona

Martyna Wojciechowska nie przestaje nas zaskakiwać. Dziennikarka i podróżniczka rzadko mówi o swoim życiu prywatnym....