Psycho(b)lożka w sieci – Dorota Zawadzka

nianialife4styleInternet już dawno temu przestał być tylko i wyłącznie zabawką. Teraz jest miejscem spotkań, dialogu, wymiany poglądów. O tym, jak można działać na portalach społecznościowych, różnicach między Facebookiem a Tweeterem, o blogowaniu, o memach, i o planach zawodowych, rozmawiamy z Dorotą Zawadzką, psychologiem rozwojowym.

Anna Myślińska: Przez te kilka ładnych lat Twojej popularności zadawano Ci wiele pytań. Powiedz mi, którego z nich najbardziej nie lubisz?

Dorota Zawadzka: Nie lubię takich pytań, które świadczą o tym, że rodzic nie myśli, na które można byłoby znaleźć odpowiedź posługując się intuicją. Takich podstawowych, wynikających z troski i najprostszej wiedzy związanej z funkcjonowaniem dziecka w rodzinie. Rozumiem, że rodzice mogą nie znać odpowiedzi na pytanie jak się dziecko rozwija, jakie ma potrzeby i jak te potrzeby zaspokajać. Ale już na przykład „jak dziecku wydmuchać nos” albo „dlaczego trzylatek nie może cały dzień siedzieć sam w pokoju”, to pytania świadczące o tym, że rodzic nie myśli. Bo wiedzę można zdobyć, ale chodzi o zaufanie własnej intuicji. Denerwuje mnie brak tego zaufania i intuicji.

A jeśli chodzi o pytania zadawane przez dziennikarzy?

Nie lubię pytania, czy mi Superniania jako byt medialny ciąży czy mi nie ciąży dlatego, że po prostu nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Z jednej strony zdaję sobie sprawę z tego, że nigdy się już z Supernianią nie rozstanę. Nawet jak mnie gdziekolwiek zapraszają, to słyszę: „Dorota Zawadzka, Superniania”, więc to jakby przylgnęło. Śmieję się, że to mój pseudonim artystyczny. Przyzwyczaiłam się do tego, lubię tę postać, nie utożsamiam jej ze sobą absolutnie, to jest odrębny byt. Ja nie jestem Supernianią, gdy dziennikarz zapowiada: ” W naszym studiu Superniania…” ja pytam: „Gdzie?”

Jesteś obecna w Internecie: masz konto na Facebooku i na Tweeterze, piszesz do NaTemat.pl, masz drugiego bloga – „Psycho(b)lożkę”, a ostatnio zaczęłaś prowadzić vloga i założyłaś własny kanał na Youtubie. Skąd ten pomysł?

Co do kanału na Youtubie, to po prostu nie ma w tej chwili telewizji, która by mi odpowiadała. Nie znajduję dla siebie miejsca w tych głównych, mainstreamowych, „starych” mediach, więc próbuję sobie „wymościć” jakieś miejsce w nowych, aczkolwiek nie mam czasu, żeby robić to bardzo regularnie. Na razie moim ulubionym miejscem jest Facebook, bo chyba najlepiej się na nim znam i tam sobie zbudowałam dosyć dużą społeczność i to bardzo aktywną.

Tweeter to jest taka zabawka, takie krzyczenie w lesie o echo. Ja wolę rozmawiać. Tweeter jest poza tym rzeczą rozdzielną, jestem na nim bardziej polityczna, dużo bardziej społeczna, a takich tematów nie ma u mnie na Facebooku.

Vlog to jest takie miejsce, gdzie udzielam „dobrych rad”. Zdecydowanie szybciej mi się mówi, niż pisze. Na razie się z tym bawię. Nie jest on regularny, niestety nie mam teraz czasu, ale może po Nowym Roku uda mi się wprowadzić jakąś regularność. Tych filmików jest na razie kilkanaście, może to się jakoś rozwinie. Nie mam ambicji, żeby tam był milion oglądających, choć oczywiście podobałoby mi się to, nie powiem, że nie. Ci, którzy chcą znaleźć odpowiedzi na nurtujące ich pytania, to je tam znajdą. Teraz chcę zrobić taki segment na zasadzie „Czytelnicy pytają, ja odpowiadam”, zobaczymy, jak to wyjdzie.

Jak myślisz, dlaczego, w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, w naszym kraju wytworzył się podział na to, co się wrzuca na Tweetera i na Facebooka? Te komunikaty są z jakiegoś powodu inne, i jak myślisz, dlaczego?

My jesteśmy w ogóle kilka lat do tyłu. Jak zaczynałam na Facebooku kilka lat temu słyszałam komentarze, że zwariowałam, i że Facebook nie ma przyszłości. Byłam jedną z pierwszych osób publicznych, które miały na nim konto. To było konto pod tytułem „Superniania”. Z czasem podjęłam dość trudną decyzję, ponieważ zamknęłam to konto, kiedy było tam 20 tysięcy osób i otworzyłam inne, pod swoim nazwiskiem. Po dwóch latach jest tam 40 tysięcy ludzi, więc oni nie tylko wrócili do mnie ale jeszcze drugie tyle przybyło. Dużo się tam dzieje.

Rozmawiam, plotkuję, wrzucam śmieszne zdjęcia, prowadzę jeszcze kilka cykli: polecam książki dla rodziców, codziennie wrzucam książki z dzieciństwa (Perły Literatury), co drugi, trzeci dzień pokazuję nowe książki dla dzieci, które mi się podobają. Irytuje mnie pytanie „Ile Pani za to bierze?” Odpowiadam, że nic – jak mi się książka podoba, to polecam. Ostatnio wymyśliłam nowy cykl, który się nazywa „Nobliści z literatury”. Początkowo odzew był niewielki, dopiero teraz, jak jesteśmy przy Miłoszu, Marquezie, to pojawiają się głosy, że znają te postaci i ich książki. Po Nowym Roku chcę zacząć kolejny cykl, to będą Kawalerowie Orderu Uśmiechu. Ciekawie będzie opowiadać o ludziach, którzy zrobili coś ważnego dla dzieci. Sama wiele się dowiaduję, także poniekąd robię to i dla siebie.

Natomiast Tweeter… nie jest moim ulubionym medium. Osoby publiczne w Stanach Zjednoczonych wrzucają kilkanaście tweetów na godzinę, że tam każda rzecz jest natychmist ogłaszana, polityka, nawet międzynarodowa, odbywa się na Tweeterze – my po prostu jeszcze raczkujemy. Obserwuję osoby z zagranicy, które mają na kontach po kilka- kilkanaście milionów followerów – u nas ilości niewyobrażalne. Ja mam 20 tysięcy i uważam, że jak na polskie warunki, jest to bardzo przyzwoity wynik. I to bez programu telewizyjnego, bez obecności w mediach. Jest to dla mnie raczej rozrywkowa działalność, chociaż lubię tam być.

W przeciwieństwie do Twittera, zdecydowanie lepiej zaadoptowaliśmy memy…

Tak, aczkolwiek znowu uważam, że jesteśmy takim społeczeństwem, które poszło z memami w kierunku, który mi się niekoniecznie podoba. Mem powinien być dowcipny, może być ironiczny, nawet sarkastyczny, ale nie powinien ranić. Jak oglądam amerykańskie memy, to one są fajne. Jak się pokazują polskie memy, to one bardzo często są raniące, i to nie jest fajne. Nikomu nie odmawiam prawa do krytyki, ale zawsze trzeba pomyśleć, kto jest po drugiej stronie. Gdy czytam, że użyto czyjejś twarzy do setek memów, i ten człowiek czuje się skrzywdzony, bo ma twarz, która publicznie funkcjonuje jako twarz śmieszna, no to to nie jest dobrze.

Ostatnio napisałam nawet list do redakcji Demotywatorów, bo pojawił się tam mem, który z mojego punktu widzenia propagował przemoc wobec dzieci. Obrazek: dwie osoby dające klapsy dziecku z podpisem: „Kiedy byłem mały rodzice dawali mi klapsy” i rozwinięciem sugerującym, że to było dobre teraz jest niezbędne. Nie mam odzewu, bo pewnie zginął ten list w milionie innych i zastanawiam się, czy nie napisać bloga na ten temat.

Twoje vlogi na Youtubie są podzielone na kilka sekcji. Jedna z nich opisuje książki – poradniki dla rodziców. Pojawiły się tam już dwie pozycje – którą byś poleciła jako must have dla zapracowanej, zabieganej młodej mamy, która ze wszystkich stron dostaje „dobre rady”?

Książek tego typu jest na rynku strasznie dużo. Sama mam 3 regały książek dla rodziców. Polecam pozycje ewidentne, jak już coś ma ugruntowaną pozycję. Rzadko wrzucam nowe książki, bo obawiam się „nowych teoryjek psychologicznych”. Mam kilku autorów, których polecam – dwie psycholożki amerykańskie: Adele Faber i Elaine Mazlish, Tomasa Brazeltona i jego „Rozwój Dziecka”, duńskiego psychologa jespera Juula, polecałam Agnieszkę Stein, propagatorkę „rodzicielstwa bliskości”, które choć jest dosyć odległe od mojego podejścia, to warte jest uwagi. Sporo polecam do czytania dla rodziców. Mówię o sobie, że jestem psychologiem eklektycznym – wybieram to, co dla mnie jest ważne, nie zastanawiam się, jaka to jest teoria. Ma być dobrze dla mamy, dla dziecka i dla rodziny.

Wracając jeszcze do Facebooka: nie miałaś może takiego pomysłu, żeby zebrać najciekawsze pytania i przypadki ze strony i stworzyć z nich książkę?

Mam dużo pomysłów na książki, wszystko się rozbija o czas. Liczę na to, że tej zimy zrobię książkę z moich blogów. Z kilkuset, które czy to były publikowane, czy pojawiały się jako notatki na facebookowej stronie Superniani, wybiorę część z nich, takich fajnych, mocnych i o czymś.

Ale jeśli chodzi o listy to niekoniecznie, poradnictwo w stylu „enter”, natomiast mam taki pomysł, i może teraz go tutaj po raz pierwszy zdradzę, żeby napisać taką książkę ze złotymi myślami dla rodziców – nie takie, jakie pisałam do tej pory, które można znaleźć w księgarniach. Chcę napisać taką książkę ”Ciesz się z bycia rodzicem”, która będzie pokazywała, że w każdym momencie życia można znaleźć coś fajnego i czerpać radość z tego, że się jest rodzicem. Żeby cieszyć się z tego, co się ma, i że można małego człowieka prowadzić przez życie uśmiechem. Chcę żeby rodzic, który to przeczyta pomyślał sobie: „Kurczę, jak to super być rodzicem!” Bo czytając te książki [które są dostępne na rynku- dop. red.] mamy takie poczucie, że ciągle popełniamy błędy i nam coś nie wychodzi. A rodzicielstwo to przecież fantastyczna sprawa!

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Anna Myślińska

ZOSTAW ODPOWIEDŹ