„Nie jesteśmy narodem smutasów. To mnie zaskoczyło”

Jesteś fanem Świata Według Kiepskich?

Moja mama jest, ja sto razy bardziej wolę Bundych. Choć jak lecą Kiepscy, też obejrzę. Wtedy sprzeczam się z mamą. Lubię toporność, lecz ta oprawa graficzna do mnie nie przemawia. Nie podobają mi się przejścia między scenami i dźwięk kapiącej wody. Pik.

Twoją działalność porównałbym do pierwotnego zamysłu twórców tego serialu. Od początku chodziło o ukazywanie przywar Polaków w zabawnej, lekkostrawnej formie?

Po spotkaniu buraczanego księdza i nakręceniu „Czy można płacić Biblią?” postanowiłem zrobić serię, która prezentowałaby właśnie nasze narodowe wady. Kupiłem nawet parę książek opisujących polski charakter i spisałem koncepcję w telefonie. Planowałem np. odcinek o piciu. Skończyło się na „chciałem”.

Nie do końca. Cały czas musi to gdzieś w Tobie siedzieć. Gdy oglądam „Mechanika”, klaszczę w dłonie: „No tak, przecież wszyscy Polacy znają się na piłce nożnej, polityce i medycynie! A jeżeli w dodatku obejrzą jakiś program, to mogą równie dobrze uważać się za ekspertów w każdej innej dziedzinie”.

Może siedzi, gdzieś podświadomie. Takiej ogólnej tezy nigdy nie miałem. Być może wychodzi dopiero w trakcie montażu. 

A „Cebulaki na plaży”?

Oj, jest mnóstwo takich ludzi. W czasie kręcenia tego filmu, temat z parawanami był głośny w mediach. Pisano o tym, że ludzie się ogradzają. To było modne, jak później temat zakazu sprzedaży słodyczy.  

W numerze z publiczną toaletą widziałem siebie sprzed lat. Też żydziłbym tej złotówki i wolał się męczyć.

To był mój pierwszy film nagrywany na mieście. Jeździłem z wózkiem i sam wszystko nagrałem. Zgadzam się, to dla nas typowe. Jak za coś trzeba płacić, zrobimy dużo, aby nie musieć tego robić. Sam tak mam. Nieraz wolę pójść do dalszego, tańszego sklepu niż zrobić zakupy w monopolowym za rogiem. Choćby chodziło o jedno piwo.

Tyle że ja ogólnie lubię chodzić. Po ulicach. Idę, idę, coś mnie nagle zainteresuje i jadę z tematem. Tak często powstają moje filmy. Widzę dwie Chinki, podbijam. Jedna to Jing, druga Jang. Tak je nazywam. Poza murem chińskim, to jedyne słowa, które kojarzą mi się z tamtym regionem świata. Działając na spontanie mam dużo lepszą gadkę. 

Kupa zawsze się sprzedaje?

Zawsze jest śmieszna.

Rozmawialiśmy o bąkach, ale miałeś też numery o oddawaniu moczu i kału.

Polacy mogą mówić, że chamskie pornole i żarty o gównie to domena Niemców, ale sami bawią się przy nich wyśmienicie. Pierdzenie zawsze wywołuje lawinę śmiechu.

Patrz: amerykańskie komedie.

Dokładnie! Mnie to średnio bawi. Czasami to wręcz zbyt prosty humor.

Dlaczego USA?

Ale dałeś. Ilekroć kogoś spotkam, to pytanie pada jako drugie. Zaraz po „halo, halo, co się wyprawia”. Dlaczego? Bo ukradłem skrót Ameryce. A USA wszyscy znają.  

Myślałem, że z powodu naszego zapatrzenia w Stany…

Tak, to może mieć też drugie dno. Spacerując, zastanawiam się, na ile moja podświadomość jest mądrzejsza od świadomości. 

Jesteśmy łatwowierni? Ludzie wierzyli, że mają na plecach kartki z postrzelonymi napisami: „Uwielbiam zapach potu cioci”, „Zgniatam małym kotkom głowy”, „Sypiam z kozą szwagra”, „Zbieram cudze paznokcie z podłogi. I zjadam”.

Tutaj akurat nie widzę specjalnego odgięcia od normy. Zachowywałem się i byłem ubrany całkiem zwyczajnie, ludzie wierzyli w moje czyste intencje. Karteczki były nieinwazyjne, co innego, gdybym napisał: „Rucham matkę i ojca”. Taki tekst mógłby wzbudzić podejrzliwość. Przez łatwowierność rozumiem sytuację, gdy przychodzi do ciebie koleś, chce ci wcisnąć kredyt, a ty bierzesz go bez sprawdzania.

Ty oferowałeś lokaty w złoto. Pracownicy szkoły i spożywczaka. 

Tak, Bamber Gold. Z moimi numerami jest tak, że czasami przeczytam jakąś książkę, coś zobaczę, porozmawiam z babcią – i wpada mi do głowy pomysł. Przed Bamber Gold miałem do czynienia z panią, która chciała mi na siłę coś wcisnąć. Używałem metod jej firmy. Gdy chciałem się rozłączyć, zadawała jakieś pytanie kompletnie od czapy, w oderwaniu od głównego nurtu. Np. ile ma pan giga internetu? „17”. „A ja mogę zaoferować panu 18!”. Jakby mnie to obchodziło… Przerobiłem jej zachowanie na potrzeby mojego wkrętu i wyszło: „Nie jest pan zainteresowany? Rozumiem. A gdyby zdradzała pana żona, byłby pan tym faktem zainteresowany?”. (śmiech)

Wracając do łatwowierności. Starszy koleś z „Zabij ją” – jednego z moich ulubionych filmów, realizacji mema, który krążył w internecie – wierzył w moją naiwność. Chciał pięć tysięcy zaliczki za robotę, później zszedł do tysiąca. Był przekonany, że dam mu te pieniądze. Każdy z nas prowadził własną grę. Ja chciałem go wkręcić, on mnie oszukać. (śmiech) W tym numerze wszyscy byli świetni. Każdy zareagował inaczej.

Np. gość z „Przeglądem Sportowym”.

Ten dopiero się nabrał, od razu wzywał policję.

To zabawne, że wystarczy powiedzieć: „Byłem tu umówiony z gościem z kolczykiem i wąsikiem”, a ludzie dają się na to złapać.

Tak, od razu patrzą po sobie. Kupował trawę od gościa w białej czapce i butach? To przecież ja! (śmiech)    

{youtube}5zbYQOHgtN4|600|450|0{/youtube}

Jesteśmy w Gdańsku, mieście Wałęsy, którego cechuje niespotykana charyzma.

Na pewno. Aby kierować tłumem, trzeba ją mieć.

Nawet nie mając zielonego pojęcia o danym zajęciu, a będąc pewnym siebie, przekonującym, można to robić swobodnie? Chłopak w dresie robiący zakupy za Twoją radą odkłada wodę i dyskretnie odchodzi z działu napojów. Obły licealista wyjmuje na komendę przypałowy sweterek z dresów. I najlepsze – zaczynasz dowodzić pracą robotników w „To się nie uda”.

Z psychologii wiemy, że w każdej grupie ludzi zawsze jest szef, szara eminencja i jacyś wykonawcy. Charyzma może dać ci władzę nad wykonawcami, nawet jeżeli jesteś kompletnym laikiem w danej dziedzinie. Po prostu robisz dobrą minę do złej gry i działasz. Możesz założyć firmę robiącą szafy i wkręcić setki ludzi, że jesteś w tej branży fachowcem. „O, tu jest wnęka. Tutaj tak, tu tak”. Będą ci wierzyć. Oczywiście później zrobisz gówno, to inna sprawa. 

Strajk głodowy jednostek w obronie demokracji ma sens? Co innego, gdy protestowała Solidarność i stał cały przemysł. Wtedy było to dla państwa trudnym orzechem do zgryzienia. Teraz może mieć to głęboko w poważaniu.

Wcześniej było łatwiej, bo był jeden, wspólny wróg. Teraz każdy może zrobić protest w pojedynkę. I to jest piękne. Mogę protestować np. przeciwko wieszaniu kurtek na krzesłach (Bartek wskazuje na moją – przyp. HK). Uwierz mi, że byłbym w stanie zebrać na to fundusze.

Jak w „Dniu Świra”. Policja patroluje sześciu manifestantów z hasłami „Tak”, „Nie”. – Durne hasła? Po to jest właśnie demokracja, żeby ktoś nawet w pojedynkę mógł sobie zrobić protest. Z najdurniejszymi postulatami – prostuję Pazurę Kondrat.

Świetny film, choć nie tak prosty, jak się wydaje. W niektórych momentach bardzo ciężki.

To trochę tak jak z Kiepskimi. Część odbiorców zastanawia się, czy naprawdę cechuje nas skąpstwo Paździocha, a reszta śmieje się z pijaństwa Ferdka. 

I w tę konwencję wpisuje się też „Shrek”. Idealny film na rodzinne posiedzenie. Z przyjemnością oglądają go dzieci i dorośli.

Chciałbym tworzyć obrazy, które będą śmieszne, ale równocześnie będą niosły ze sobą jakiś przekaz, pewną wartość. Ich forma na pewno będzie ewoluować.

Za Twój najambitniejszy uznaję eksperyment społeczny z walizką. Byłeś załamany, że pierwsze zgłoszenie na policję wpłynęło niespełna półtorej godziny po pozostawieniu jej w centralnym punkcie tłocznego deptaka?

Widzowie tłumaczyli w komentarzach, że u nas w kraju ludzie nie zwracają uwagi na takie rzeczy. Ale po zamachach w Belgii ten film znowu stał się aktualny. Być może teraz zareagowaliby szybciej? Mnie takie tłumaczenie nie do końca przekonuje. Jesteśmy w końcu pouczani o tym, aby zwracać uwagę na pozostawione samotnie przedmioty w samolocie lub metrze.

Wiem, że były dwa telefony pod 112. Domyślam się, że jedną z dzwoniących osób był biznesman, który popatrzył na walizkę, wyciągnął telefon i poszedł dalej. To najbardziej pożądana reakcja. Poza kadrem stały panie: Helena i Krysia – tak je nazwijmy. Ciekawsko przyglądały się walizce, ale nie zamierzały nic zrobić. Najbardziej załamała mnie jednak postawa Grześka z Ryśkiem. Chwycili znalezioną rzecz i uderzyli w długą.

Harrego Pottera znasz?

Raczej średnio.

Hermiona, w którejś części założyła „Stowarzyszenie walki o emancypację skrzatów zniewolonych”. Prawie jak Twój „Ruch wyzwolenia bankomatów”.

Mamy skłonność do takich dziwnych inicjatyw. Są takie czasy, że każdy chciałby się czymś wyróżnić. Stąd pewnie też youtuberzy.

Na początku lat dziewięćdziesiątych do parlamentu weszła Polska Partia Przyjaciół Piwa. Ludzie chętnie wspierali ten projekt, chociaż…

…jego głównym założeniem było, aby Polacy nie pili wódki, tylko piwo. 

Właśnie. (śmiech) Takie twory powstają, i zaraz umierają. Świat ubolewa nad czymś innym. Że nie ma uniwersalnych wzorców, ram odpowiednich zachowań. 

A rolnicy martwią się o zarobki.

Raz przywiozłem im lodówkę, aby na czas trwania strajku przechowali w niej swoje wiktuały. Wreszcie jej nie zostawiłem. Skoro traktor kosztuje pięć samochodów, to znaczy, że z tymi rolnikami wcale nie jest tak źle. (śmiech)

Nieźle to można się potargować na bazarze. Ale nie z każdym. Leciwy „bramkarz” za nic nie chciał zgodzić się na 88 groszy zamiast złotówki.

To z kolei film z Warszawy, z rynku na Młocinach. Zdziwiło mnie, że płaci się tam za wejście. Dlatego trochę potargowałem się z panem.

Kilkukrotnie się przebierałeś, kamuflowałeś łysą gałązką. Jak Polak nie wejdzie drzwiami, to oknem?

Koleś strasznie się napompował. Najśmieszniejsze było to, że miał przekonanie, że stoi na straży. Nawet jeśli wszystko rozbija się o głupiego zeta, nie wpuści mnie. Umrze w obronie tego wejścia. (śmiech) Z drugiej strony fajnie, że jest tak oddany pracy. Nawet takiej.

Zauważyłeś jak bardzo boli nas strata rzeczy materialnych? Mateusz Grzesiak twierdzi, że cierpimy tak dlatego, ponieważ nie traktujemy ich jak przedmiotów, lecz część własnego „ja”. Cechuje nas silne przywiązanie nawet do rzeczy jeszcze niezakupionych. Reakcje klientów, którym podbierałeś produkty spożywcze, zdają się o tym świadczyć.

Najbardziej zdenerwował się pan, którego posądziłem o kradzież polaru. To był byle jaki polar z zepsutym zamkiem. A on za żadne skarby świata nie chciał go oddać. Inni ludzie, od których dopominałem się np. czapki, nie reagowali tak drażliwie.

Spałeś pod blokiem czatując na jedną z pań?

Mówisz o tej ubranej na czarno? Nie, spotkałem ją przypadkiem. Czapkę kręciliśmy dwa dni. Powiedzmy, wtorek-środa. We wtorek rozmawiałem z panią i doszliśmy do porozumienia, że to jednak jej własność. Minęło kilkanaście godzin, zauważyłem ją i nawiązałem do poprzedniej gadki. „Zmieniłem zdanie, to moja”. „Znowu pan się uczepił” – żachnęła. (śmiech)

Jeszcze odnośnie pana. Dlaczego się zagotował? Tłumacze sobie to tym, że mocno wszedłem w jego życie. Z kopytami. Zobacz, masz na sobie niebieską koszulę. Gdybym powiedział, że nie jest twoja, za pierwszym razem rzuciłbyś pewnie lekceważące: „No co ty?”. Później nieco bardziej się zaangażował. A przy trzecim podejściu mógłbyś się już nieco zdenerwować.

{youtube}9mGeRBxIaZY|600|450|0{/youtube}

Tobie zależy na denerwowaniu ludzi.

Generalnie staram się nie przekraczać pewnej granicy. Jeżeli ktoś jest mocno wkurwiony, osiąga apogeum złości, raczej odpuszczam i wyjaśniam mu o co chodzi. Wtedy reakcje są z reguły pozytywne. Na zasadzie: „Aaa, ale mnie pan nabrał”, zamiast: „No i co z tego, kurwa, że to wkrętka?!”. Dobrze pokazuje to filmik, gdy udaję UBERA. Widzę, że ludzie stoją z walizkami. Podjeżdżam. Pan się nabiera i chowa je do bagażnika. Stop. Informuję go, że to żart. W pierwszym momencie na maxa wkurzony wali klapą. Nie mijają dwie sekundy i się śmieje.

Wapniak pytając ludzi o zrobienie loda, nawet gdy wytłumaczył, że ma na myśli lodziarnię za rogiem, mógł się martwić o zęby. Dwóch młodych byczków wcale nie zamierzało pokazywać własnych.            

To był jeden z jego pierwszych filmów. Mieli z Ravgorem taką fazę, żeby pytać ludzi o różne dziwaczne rzeczy. Pamiętam jak Ravgor prosił przechodniów o potrzymanie jajek. Nigdy nie wiadomo na kogo się trafi – to jasne. Ale reakcja osoby wkręconej zależy także od sposobu, w jaki podejdziesz do numeru. Jeśli współpracujesz z ładną ekspedientką, prawdopodobnie więcej jej wybaczysz. Gdy zadasz nietypowe pytanie z dystansem, jest większa szansa, że człowiek wkręcany nie wybuchnie. Dlaczego? Bo zobaczy w tobie fajnego kolesia. Co innego, gdy będziesz raził bezczelnością i agresją.     

Śmigus dyngus to wciąż żywa tradycja? Niektórzy zżymają się, że nie powinna być podciągnięta pod kontratyp.

Umiera. Film z wiadrem kręciłem dokładnie w drugi dzień świąt Wielkiej Nocy. Przez cały dzień spotkałem jedynie czwórkę dzieciaków z małymi pistolecikami, a łaziłem dość dużo. Moim zdaniem zwyczaj powinien być kultywowany, ponieważ w przeciwieństwie do Walentynek – które z roku na rok cieszą się coraz większą popularnością, to fajne, polskie święto. Takie chłopskie. Polacy to w większości chłopi i nie ma w tym nic wstydliwego.

Bohaterowie „suchego dyngusa” dobrze się bawili. Tylko jednej pan, w czerwonej kurtce, zrobił niezadowoloną minę.

Straszyć ludzi nie zamierzasz?

To byłoby za łatwe. Pamiętasz panią, która uciekała w popłochu, gdy założyłem na głowę koszulkę? To było bardzo zabawne. Opalała się, wokół pełno ludzi. Wakacje, plaża, Bałtyk, w powietrzu unosi się jod, a ona ucieka z krzykiem jak oparzona. (śmiech)

Rozmawialiśmy już o tym, że Twoja orientacja jest jasna. Widać to było, gdy udawałeś ankietera i wyrwałeś z dziesięć numerów.

Spokojnie z dziesięć, nie wszystkie sceny weszły.

Sprawdziłbyś się jako trener osobowości? Mógłbyś prowadzić szkolenia o przełamywaniu barier. Masę ludzi ma problem z zagadaniem do dziewczyn. Budzą się z ręką w nocniku w swoje 40. urodziny, zauważając, że wciąż mieszkają z mamą.

Tak, coś w stylu: „Nie podejdę do niej, bo jest za zajebista. A ja jestem taki chujowy”. A przecież często okazuje się, że taka super laska ma do siebie ogromny dystans. Jeśli przełamie się pewną granicę, podryw jest dziecinnie prosty. Kiedyś myślałem o serii szkoleń dotyczących właśnie zdobywania przychylności kobiet. Może to byłby fajny sposób na dodatkowy zarobek? Ostatecznie nie podjąłem kroków w tym temacie. Problem polega na tym, że nie mam w tym kierunku żadnego wykształcenia, nie czytałem żadnych specjalistycznych książek.

Rozumiem, jesteś samoukiem. Anthony Robbins doradza dziś największym ludziom w Stanach, a z trudem skończył szkołę średnią. 

Ja bazuję na skrajnej otwartości, która wywołuję reakcję tożsamą. Ludzie się przy mnie rozluźniają i jest śmieszniej.

Podstawiłeś ludzi jedynie w filmie „Zła odpowiedź”?

Tak, tylko tam. Nie podstawiam ludzi. Byłoby mi zresztą trudno, musiałbym dysponować chyba setką tysięcy. (śmiech) Chociaż kiedyś ktoś postawił mi taki zarzut. Chodziło o bluzgającą panią z sondy. Tą od: „A, jak to idzie tylko do internetu, to powiem panu co mnie wkurwia”. Oczywiście podstawiona nie była.

Niektórzy – jak Dawid Ozdoba – wkręcają znajomych. Czescy ViralBrothers siebie nawzajem. To taki półplayback.  

Nie ma problemu, niech każdy robi to, co lubi. Tylko nie nazywajmy ewidentnie ustawionych amerykańskich akcji prankami. To po prostu wyreżyserowane filmy.

Wielu ciężko uwierzyć w to, że wyreżyserowany został np. zwiastun „Lord of Tears”.

Może widzowie tego nie dostrzegają? Jeśli dobrze się przy tym bawią, nie ma sprawy. Wiesz, gdybym miał gwarancję imponującej liczby wyświetleń, też robiłbym wyreżyserowane filmy. Chodzi przecież także o zarobek. 

Youtube pozwala Ci na godziwy?

Z samych wyświetleń nie ma kokosów, ze sprzedaży koszulek również. Wszystko zależy od długości filmu. Jakbym wrzucał często – przyjmijmy – długie vlogi, mówilibyśmy o zupełnie innych pieniądzach. Mógłbym tam wsadzić znacznie więcej reklam. A tak, kasa jest głównie z filmów sponsorowanych. To są stałe, lecz bardzo niewielkie dochody. Od czasu do czasu zdarzają się strzały. Generalnie, jeżeli się przykładasz i masz widzów, można z tego wyżyć. 

Masz umowę partnerską z Youtube?

Konkretnie z Agorą. Wyszukuje i zrzesza twórców. Mogłem się związać z nią, albo z Lifetube. Nie mam wymogu udostępniania filmów systematycznie. Nie tworzę ich na potęgę. 

Wardęga zarobił za swój sztos ponad milion złotych?

Nie sądzę, to na pewno zawyżona kwota. W Polsce zarobki z reklam nie są duże. Zarabia się zazwyczaj dzięki zsumowaniu liczby odsłon z kilku filmów.

Twórcy kanału Kotlet TV odłożyli dzięki swojej działalności na kilkumiesięczny objazd po Europie. Ty też sporo podróżujesz. Belgia, Francja, Włochy, Szwecja, Dania, nawet Ukraina. Zwiedziłeś z kamerą kawał Starego Kontynentu. 

Za małolata nigdzie nie wyjeżdżałem, podróżowanie odkryłem dopiero parę lat temu. Uważam, że lepiej wydać pieniądze na zajebistą przygodę niż nowe auto. Oczywiście, gdy ma się na chleb.

Nagrywam vlogi, bo podróżuję, a nie podróżuję, by je kręcić. Zerkam na otaczającą rzeczywistość i ją komentuję. Tylko zamiast kumpli, z którymi dzieliłbym się swoimi spostrzeżeniami, mam obok kamerę. Jak widzę, że coś ciekawego się dzieje, włączam ją.

Byłeś nominowany w kategorii „Najlepszy vlog” przez miesięcznik Press.

Tak, za zeszły rok. Bardzo mnie to zdziwiło. Szczególnie, że nie jestem znany z vlogów i nie cieszą się one nadzwyczajną oglądalnością. Przynoszą mi za to ogromną frajdę. Do każdego takiego filmu podchodzę inaczej, także do montażu. Gdy byłem na Ukrainie, czuć było napięcie. Gdy we Włoszech, mega rozpiździel. 

Nie wygrałeś.

Nagrodę dostał Włodek Markowicz, nazywany przez niektórych polskim Coelho. W ogóle nie miałem do niego startu. Jego filmy to mocny przekaz i profesjonalna, wysoka jakość produkcji. Moje – Freestyle, nastawiony raczej na bekę.

W tym roku Press powinien nagrodzić Spejsona.

Bardzo się stara. Chłopakowi się należy. (śmiech)

Rzeczone poświęciło się w całości robocie w sieci, rezygnując z pracy w korporacji. Byłbyś gotów porzucić swoje biznesy?

Nie, bo lubię mieć kilka źródeł. Gdy jedna odnoga odpadnie, stoję na pozostałych. To jest bezpieczniejsze, tak się wychowałem. Poza filmikami, robię różne rzeczy.

Chociaż benzyna się zwraca?

Wychodzę raczej na zero. Filmy z samochodem cieszą się sporą popularnością, a i nie spalam za dużo. Pokrążę po jednym z moich ulubionych osiedli i mam cały materiał. Wacha się zwraca, podróże powietrzne już niekoniecznie. A nikt mi ich nie sponsoruje.

Na razie.

Może z czasem znajdą się ludzie, którzy będą mi je opłacać. Póki co szukam tanich kursów. Jasne, chciałbym jeździć jak Makłowicz. O ile oczywiście nie musiałbym gotować. (śmiech) Np. do Japonii. Albo jak Wojciechowska, do Afryki. To wymagałoby jednak zmiany formy przekazu z komediowej na bardziej poważną. Ta część świata wcale taka wesoły nie jest. Bałbym się jedynie, że przestanie mnie to bawić. Bo gdy w grę wchodzi hajs, masz narzucone marki, jakąś myśl przewodnią. I to może zabić spontaniczność, a to moja siła.

Co Oliwia i Tymon wpisują w rubryczce: „Czym zajmuje się tata?”.

Jeszcze nie miały chyba okazji. Młodszy Tymon na pewno nie, bo na razie nie mówi. A co by wpisali? Oliwka pewnie: „robi filmy”. Dla Tymona jestem po prostu tatą.  

A Ty?

Przedsiębiorca.

Biznesmen?

Niech będzie, że biznesmen. (śmiech)

No i komu Bartek chcesz zaimponować?

Wszystkim.

bartekk

*

Rozmawiał: Hubert Kęska (obserwuj na Twitterze)

__________________

Zapraszamy również do polubienia naszego profilu na Facebooku oraz zapoznania się z ofertą naszego sklepu internetowego.

2 KOMENTARZE

  1. Nonsens! Polacy to nie żadne smutasy. Ani też nie ma w nas zasciankowosci czy braku dystansu. Polak ma zupełnie inną mentalność. I Polska nie miała żadnej przesadnie posranej historii, po to, aby ludzie nie mogli swobodnie obrażac Polski i sugerować, że to co głupie, niewłaściwe jest u nas normą. Od nadmiaru pecha byśmy zginęli.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ