The Baseballs w Stodole! – relacja

Koncert The Baseballs to idealne wydarzenie dla tych, którzy żałują, że ich najbardziej szalone czasy nie przypadły na przełom lat 50. i 60. ubiegłego wieku. Wtedy to królował rock’n’roll, Elvis i skórzane kurtki. Klimat epoki gitar, buntu i wolności wyraźnie dało się odczuć 17 listopada w warszawskiej Stodole.

materiały prasowe

Przyjemnie było przyjrzeć się tłumowi pod sceną. Z ciżby przestępującej z nogi na nogę w oczekiwaniu na występ dało się wyłuskać adekwatne do stylu Baseballsów smaczki. A to dziewczyna w rozkloszowanej spódnicy w groszki, z chusteczką obwiązaną wokół głowy i z obowiązkową czerwoną szminką, a to dwóch mężczyzn z fryzurą na Elvisa i kolorowymi szelkami. Widać było, że ci ludzie nie znaleźli się tu przypadkiem.

Gdy Sam, Digger i Basti wraz z zespołem pojawili się na scenie, piskom nie było końca. I nawet te piski były typowe dla epoki rock’n’rolla – wydawały je z siebie stadka dziewcząt, które mało nie mdlały na widok trzech przystojnych mężczyzn w skórzanych kurtkach, obcisłych jeansach i z obowiązkową fryzurą typu banan. Trudno się było powstrzymać przed dołączeniem do tego grona wiernych wielbicielek – The Baseballs prezentowali się naprawdę ponętnie.

Przejdźmy jednak do muzyki (chociaż image w tym przypadku nie może zejść na drugi plan). Baseballsi grali przekrój materiału ze wszystkich płyt, rozkładając go w czasie w bardzo przemyślany sposób. Zaczęli do „Let it go”, ukryci za płachtami białego materiału – widać było tylko ich cienie.  Gdy kurtyny opadły, zaczął się szał. Szał był połączony z dźwiękami gitary, kontrabasu, pianina i perkusji, a to wszystko w obłędnym rockabilly. Potem było „Goodbye Peggy Sue”, kolejny utwór autorstwa Baseballsów, którzy najbardziej znani są przecież z coverów. Własna twórczość okazała się wcale nie gorsza od ich przeróbek popowych hitów. A na te właśnie nadszedł czas. Covery zaczęli od „Angels” Robbiego Williamsa, potem było „Crazy in Love” Beyonce, w którym partię chórków („o-o, o-o, o-ooo”) odśpiewywała widownia, dalej „Bitch” Meredith Brooks i „Royals” zespołu Lorde. Nie zabrakło też „King Konga” z płyty „Game Day”. Następne, ku uciesze tłumu, pojawiły się dwa covery – „Bad” Jacksona i „Hot N Cold” Katy Perry , przy których do pisków żeńskich dołączyły już nawet piski męskie, a i wytypowany przez zespół fan miał swoją szansę zaśpiewania do mikrofonu „bad, bad – really, really bad” fałszywym falsecikiem, wywołując falę ogólnej radości. Przy „Hot N Cold” po raz kolejny okazało się, że zespół potrafi wspaniale współpracować z publicznością. Później odśpiewano i odtańczono „What you want”, „On my way”, „Chasing Cars” Snow Patrola i „Follow me” Uncle Krakera. Po tych czterech energetycznych kawałkach można było odpocząć, bo perkusista zarządził solówkę. Trzeba przyznać, że Svensson zna się na rzeczy – solo było adekwatne do całego koncertu, bogate w długie partie głębokich, bębnowych dźwięków. Po tej przerwie nie dali odpocząć – zarzucili ich własny singiel „Mo Hotta Mo Betta” z najnowszej płyty, i to bodajże przy tym numerze wierni fani zaczęli podnosić w górę wydrukowane serca. Baseballsi zaskoczyli też kawałkiem w stylu gospel – pianino ustawiono na środku sceny, przy nim zebrał się cały zespół, odśpiewując na głosy „Looking for Freedom” Marca Seaberga. Po „Born This Way” Lady Gagi i „I’m Yours” Jasona Mraza zespół się pożegnał, jednak każdy wiedział, że to jeszcze nie koniec. Piskom, oklaskom i tupaniu nie było końca. Na bis zagrali jeszcze swoje „Hard Not to Try” i „Lucky Guy’a”. No i oczywiście, nie mogło zabraknąć ich największego hitu, czyli coveru „Umbrelli”, przy którym szał osiągnął poziom niewyobrażalny.

Było wszystko, czego można się było spodziewać po tym koncercie, a nawet więcej. Byli przystojni, świetnie poruszający się mężczyźni, było palące się pianino, był genialny kontakt z publicznością. Zabawa była przednia, aż nie chciało się wychodzić. Polecam ich na przyszłość!

Małgorzata Szpak

ZOSTAW ODPOWIEDŹ