dlaczego-dzieci-nie-powinny-o-wszystkim-decydowac-czyli-jak-byc-partnerem-ktory-slucha-ale-nadal-prowadzi

Dlaczego dzieci nie powinny o wszystkim decydować? Czyli jak być partnerem, który słucha… ale nadal prowadzi

Współczesne rodzicielstwo coraz częściej przypomina spacer po linie. Z jednej strony – chcemy wychować dzieci pewne siebie, słuchane i traktowane poważnie. Z drugiej – coraz częściej pojawia się pytanie: czy to wszystko nie poszło o krok za daleko? Bo jeśli dziecko negocjuje godzinę snu, menu obiadowe i wybór szkoły, a rodzic zaczyna się zastanawiać, czy ma jeszcze coś do powiedzenia… to znak, że warto na chwilę się zatrzymać.

A czasem wygląda to jeszcze bardziej obrazowo: w jednej kuchni powstają trzy różne obiady („bo on nie lubi marchewki, a ona akurat dziś nie je makaronu”), a w salonie dorosły słyszy polecenie: „teraz się ze mną baw”. I… wykonuje je natychmiast, bo liczy, że dzięki temu uniknie konfliktu i „dziecko będzie szczęśliwe”. „To bardzo ludzki odruch” – mówi Zbyszek Dzideczek, negocjator w życiu i biznesie, trener komunikacji oraz autor książki „Negocjator w domu. Dzieci to nie terroryści”. „Chcemy spokoju, chcemy być lubiani. Tylko że w ten sposób bardzo łatwo oddać stery… i stworzyć sytuację, w której to dziecko zaczyna zarządzać domem.”

Co ciekawe, podobne mechanizmy można zaobserwować w świecie biznesu. Firma, która w negocjacjach oddaje wszystkie decyzje drugiej stronie „dla świętego spokoju”, bardzo szybko traci wpływ – i w efekcie płaci za to znacznie wyższą cenę. W domu działa to dokładnie tak samo.

Mały szef w domu

Na pierwszy rzut oka „święty spokój” wydaje się kuszący. Dziecko zadowolone, brak kłótni, cisza przy stole (no dobrze – względna cisza). Problem w tym, że to rozwiązanie działa głównie tu i teraz. W dłuższej perspektywie dziecko, które przyzwyczaja się do tego, że jego potrzeby są natychmiast spełniane, zaczyna mieć trudność z radzeniem sobie z frustracją. „Świat nie będzie gotował trzech obiadów na zamówienie” – zauważa Zbyszek Dzideczek, który sam wychował pięcioro dzieci, a teraz rozpieszcza sześcioro wnucząt. „A jeśli dziecko nie nauczy się, że czasem trzeba się dostosować, każda odmowa będzie dla niego ogromnym przeżyciem.”

Wielu rodziców – często z najlepszych intencji – zaczyna traktować dziecko jak „małego szefa”, reagując na jego potrzeby natychmiast i bez stawiania granic. Tymczasem dziecko nie potrzebuje zarządzać domem. Potrzebuje czuć, że ktoś dorosły nad tym domem czuwa.

 „Partnerstwo nie polega na tym, że robimy wszystko, czego dziecko chce” – podkreśla Dzideczek. „Polega na tym, że traktujemy je poważnie, ale nie rezygnujemy z odpowiedzialności. Czyli zamiast automatycznego spełniania oczekiwań – rozmowa. Zamiast „już biegnę” – czasem „za chwilę, kończę to, co robię”.

W języku negocjacji biznesowych powiedzielibyśmy: to przejście z modelu „ulegam, żeby zakończyć rozmowę” do modelu „rozmawiam, żeby znaleźć rozwiązanie”.

Granice zamiast „świętego spokoju”

Choć może się wydawać, że ustępowanie dziecku buduje relację, w rzeczywistości często przynosi odwrotny efekt. Dziecko szybko uczy się, że wystarczy nacisk, by osiągnąć cel – i zaczyna z tego korzystać. A co ważniejsze – traci poczucie stabilności. „Dzieci potrzebują dorosłych, którzy są przewidywalni i konsekwentni” – mówi Zbyszek Dzideczek. „Jeśli raz mówimy ‘nie’, a za chwilę zmieniamy zdanie, bo jesteśmy zmęczeni, dziecko nie wie, czego się trzymać.” Efekt? Więcej testowania, więcej negocjacji… i mniej spokoju, niż było na początku.

Z perspektywy negocjatora to klasyczna sytuacja: brak konsekwencji osłabia pozycję i prowokuje drugą stronę do dalszego „sprawdzania granic”. Choć dzieci rzadko przyznają to wprost, granice są dla nich czymś, co porządkuje świat. Dają poczucie bezpieczeństwa i przewidywalności. „Granice są jak barierki na moście” – mówi autor książki „Negocjator w domu. Dzieci to nie terroryści”. „Nie ograniczają drogi, tylko sprawiają, że można nią bezpiecznie przejść. Kluczowe jest jednak to, jak są wprowadzane. Partnerstwo nie wyklucza zasad – zmienia sposób ich komunikowania. Zamiast narzucać – tłumaczymy. Zamiast walczyć – rozmawiamy.”

Najpierw słuchaj, potem decyduj

To jedno z najważniejszych przesunięć w nowoczesnym rodzicielstwie. Dziecko nie musi o wszystkim decydować, ale powinno mieć przestrzeń, by się wypowiedzieć. „Wiem z własnej praktyki, że wysłuchanie nie oznacza zgody” – przypomina Zbyszek Dzideczek. „Ale dziecko, które czuje się wysłuchane, znacznie łatwiej akceptuje decyzję dorosłego.” W praktyce oznacza to prostą zmianę: zamiast reagować automatycznie – zatrzymać się i zapytać. A potem… podjąć decyzję jako dorosły.

W biznesie nazwalibyśmy to budowaniem wpływu zamiast narzucania decyzji – rozwiązaniem, które działa długofalowo, a nie tylko „na tu i teraz”.

Temat wraca ze zdwojoną siłą w okresie dorastania. Nastolatki testują granice, negocjują i sprawdzają, ile mogą „ugrać”. Czy to znaczy, że powinni decydować o wszystkim? Wręcz przeciwnie. „Nastolatek potrzebuje coraz więcej przestrzeni, ale nadal potrzebuje dorosłego, który trzyma ramy” – mówi Zbyszek Dzideczek. „Różnica polega na tym, że coraz więcej ustaleń wypracowujemy razem.”

Rodzicielstwo to nie konkurs popularności

Choć czasem trudno się z tym pogodzić, bycie lubianym przez dziecko nie zawsze idzie w parze z byciem odpowiedzialnym rodzicem. I to jest w porządku. „Naszym zadaniem nie jest zapewnić sobie święty spokój na dziś” – podsumowuje Zbyszek Dzideczek. „Naszym zadaniem jest wychować człowieka, który poradzi sobie jutro. A to oznacza czasem powiedzenie ‘nie’ – nawet jeśli oznacza to chwilowy protest.”

Dobra wiadomość? W dłuższej perspektywie dzieci naprawdę doceniają dorosłych, którzy potrafili być jednocześnie blisko… i stanowczo.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ