Balet w Krakowskim stylu – Prozak 2.0!
Ostatnio pisałam o moim, niekoniecznie udanym, warszawskim „życiu nocnym”. Oraz o tym, że nocne kluby zdecydowanie nie należą do moich ulubionych miejsc. W Warszawie jest kilka fajnych miejsc do chillerki i tańczenia, ale dziś przenosimy się w zupełnie inny rejon Polski, również do jednego z największych miast naszego kraju – bo do Krakowa. Zdecydowanie wole to co sprawdzone.

Kraków leży całkiem blisko mojego rodzinnego domu. Kiedy byłam młodsza, raczej za nim nie przepadałam. Kojarzył mi się z… wycieczkami szkolnymi! Bo z racji na niedaleką odległość, to właśnie tam zawsze jeździliśmy – do kina, do muzeum, na wystawę. Dodatkowo, klasycznie – wiecie, obwarzanki, Wawel, Zamek Królewski, Rynek, Stare Miasto, Planty, Kopiec Kościuszki, Sukiennice i te sprawy… Do tego zazwyczaj ograniczały się nasze zorganizowane wycieczki szkolne. W związku z czym to wszystko było dla mnie… po prostu nudne. Dlatego też, gdy skończyły się szkolne czasy, raczej przez długi czas unikałam dawnej stolicy Polski. Pewnego razu jednak postanowiłam dać drugą szanse temu miastu. A w sumie kilka szans.
Bo nie pamiętam dokładnie dnia kiedy go polubiłam, raczej szło to bardzo opornie, i nie jednorazowo. Ostatecznie jednak bardzo skutecznie. Bo do dzisiejszego dnia bardzo lubię to miasto. Wszystko zmieniało się gdy na wycieczki, zamiast z klasą, wychowawczynią i przewodnikiem, zaczęłam przyjeżdżać ze znajomymi, i odkrywać je na własną rękę. Wtedy też odkryłam uroki krakowskich obrzeży, a w pewien wakacyjny, piękny dzień, trafiłam na przeuroczy Zakrzówek. Szybko odkryłam także uroki ciasnych piwniczek, w których można było do rana sączyć wino i prowadzić długie rozmowy. Oraz mega klimatyczne kamienice, w których mieli okazje mieszkać moi znajomi. Osobiście nie wiem czy kiedykolwiek chciałabym tam zamieszkać – z relacji moich znajomych, którzy mieli taką okazję, wynika, że miasto to jest bardzo zgubne, i potrafi wciągnąć w melanżowy tryb. Nic w sumie dziwnego, nigdzie indziej nie ma tylu studentów ASP, jak i tych z muzycznych uczelni – czyli po prostu artystów. Ponadto miasto przyciąga wielu obcokrajowców.
I jeśli chodzi o imprezowe życie Krakowa to każdy znajdzie tam coś dla siebie. Ja też. Osobiście bardzo lubię klub „Domówka”, gdzie , jak sama nazwa wskazuje – bawimy się jak na prawdziwej domówce. O czym świadczy beer pong, kilka pomieszczeń z łóżkami i wanna na środku parkietu. Całkiem fajną inicjatywą jest także cykl imprez Roof Party w Krakowie. To nic innego, jak elektroniczne imprezy, na dachu hotelu Poleskiego. Nie ma nic bardziej klimatycznego. Dach, widok na Wisłę, muzyczna elektroniczna uczta na żywo, no i taniec – na początku w blasku słońca, potem w blasku księżyca. Zdecydowanie dobrze to wspominam. Aczkolwiek to zostawię sobie na sezon letni. Dziś o dobry, krakowskim, całorocznym balecie. Odkąd tam wylądowałam, zupełnie przypadkiem, jak to zazwyczaj bywa, tak teraz nie ma weekendowego wypadu do Krakowa, bez odwiedzenia Prozaka 2.0, bo o nim dzisiaj mowa.
Nowy-stary
Prozak 2.0 znajdujący się na Placu Dominikańskim 6 w Krakowie. Jest „to reaktywacja kultowego niegdyś krakowskiego klubu Prozak… Pierwszy klub Prozak powstał na początku XXI wieku i szybko stał się jednym z najsłynniejszych miejsc w Polsce. W roku 2004 został wyróżniony w rankingu „Newsweeka” za najlepsze wnętrza oraz klimat. Autorem całego wystroju, jak również mebli przypominających abstrakcyjne rzeźby, był projektant wnętrz, grafik Mariusz Widłak. Lokal słynął z bardzo restrykcyjnej selekcji. Trudno było się do niego dostać. W sieci do dziś krążą opowieści o mitycznej selekcjonerce z Prozaka i utyskiwania tych, których nie wpuściła do środka. Z drugiej strony, jak podkreśla przedstawiciel nowego wcielenia klubu, Ci którzy wtedy w nim gościli, byli prawdziwymi trendsetterami tamtego okresu. Modnie ubrani, znający się na muzyce, o ciekawych osobowościach i zainteresowaniach – to oni tworzyli atmosferę pierwszego Prozaka (…) Prozak 2.0 tworzony jest przez ludzi z pasją dla ludzi z pasją, pokochany przez topowych producentów, których sety rozgrzewają ludzi do zapomnienia przez długie godziny. Prozak 2.0 to ponad 600 metrów kwadratowych wypełnionych elektroniką, której posłuchacie na najlepszym w Polsce nagłośnieniu Funktion One na trzech, niepowtarzalnych, zabytkowych scenach (…) W Prozaku przeprowadzono gruntowny remont, powiększono go o kolejne kondygnacje i zmieniono wystrój. Dziś jest niemal trzy razy większy. Króluje tu czerń, betonowe ściany, kraty, neony oraz niebiesko-czerwone światła. Minimalistyczny wystrój klubu koresponduje z muzyką, której wysoki poziom jest jednym z głównych założeń właścicieli klubu. Inspiracje i nowe nazwiska artystów przywożą z klubów Barcelony, Berlina, ale też z polskich festiwali, takich jak Audioriver, Tauron Nowa Muzyka czy nawet Open’er. Niektórych muzyków trzeba rezerwować nawet pół roku wcześniej (…) W Prozaku 2.0 wciąż czuć ducha poprzedniego klubu, choć wiele się tu zmieniło od kiedy dodano do niego cyfry kojarzące się z internetową rewolucją. ”.
Tak twierdzą jego właściciele, i ciężko się z tym wszystkim nie zgodzić. Dodałabym jeszcze, że to dosyć znane i popularne miejsce na krakowskiej, imprezowej mapie. Według mnie to klub warty odwiedzenia. Dlaczego? Miejsce dosyć ciekawe i nietypowe. Zresztą, klub chce uchodzić za klub alternatywny, i taki właśnie jest. Podziemia Prozaka 2.0 to przestrzeń, przede wszystkim dla muzyki elektronicznej – house, drum’n’bass, ambient a czasami pop. Ale także dobra przestrzeń dla koncertów hip-hopowych czy okołotrapowych. Tak przynajmniej było kiedyś. Teraz odniosłam wrażenie, że główna sala, na górze, to zwykła „potańcówka”. Co zresztą widać po ludziach – mniej tych hipsterskich i alternatywnych, zdecydowanie więcej zwykłych Kowalskich, młodego pokolenia i… niestety, obcokrajowców – co naprawdę potrafi mnie zniechęcić do każdego miejsca. Aczkolwiek, coś co się broni w Prozaku 2.0, to wciąż dolna sala. Dwa dancefloory – dwa różne klimaty. Ten dolny rządzi się swoimi prawami. Panują tam całkowite ciemności, przełamywane raz na jakiś czas kolorowymi światłami. Muzyka – mocna, a raczej mocno schizowa.
Lubię tą sale, bo to idealna opcja na totalne wyłączenie się. Schodząc do dolnej sali, mam gwarancje, że pomimo kilkunastu ludzi obok, jestem tam tylko ja i ta chora muza. Że nie zaczepi mnie żaden obcokrajowiec, ani nie obcokrajowiec. Tam po prostu każdy jest zbyt zajęty sobą i swoją banią, by zwracać uwagę na kogokolwiek innego. Zresztą, w takim klimacie, nawet nie wypada przeszkadzać innym. Co w porównaniu z klubami warszawskimi – gdzie nie było momentu, by nie zaczepiał mnie jakiś palant, to dla mnie mega luksus móc sobie po prostu potańczyć. Te ciemności sprzyjają totalnej chillerce – nawet ty sam nie zwracasz uwagi na to jak się poruszasz i czy wygląda to fajnie. Jakkolwiek to nie zabrzmi – niesie cię muzyka. Ponadto, z dolnej salki jest magiczne wejście – dla personelu i „gości VIP”. Prowadzi ono także na dach, strych i balkony skierowane na patio. Gdzie od czasu do czasu, odbywają się alternatywne imprezki. Jak wiadomo – nie jest to opcją ogólnodostępną. Ale jak macie okazje, to z niej skorzystajcie. Poza tym lubię te ciasne labirynty Prozaka i to, że jest tam wiele miejsc, w których można się skryć przed rozbawionymi tłumami i prawie, w spokoju pogadać. Lubię też jego mroczny klimat.
Lokal zamykany jest dosyć późno, lub w sumie można powiedzieć, że wcześnie rano. Ponadto, coś co lubię w Prozaku 2.0, to niezobowiązujący wygląd. W czasach gdzie wyjście nocne kojarzy się z wskakiwaniem w małą czarną i szpilki, bądź koszule czy garniaki, w przypadku facetów – tutaj jest wręcz przeciwnie, a taka stylówka mogłaby naprawdę dziwnie wyglądać. Zdecydowanie cenie sobie ten luksus i swobodę. A ceny? Raczej porównywalne do konkurencyjnych lokali. Średnia wieku – ostatnio chyba nieco niższa. Kiedyś, raczej 25-26 lat.
Minusy – chociaż, osobiście nigdy nie sprawdzałam tolerancji i wytrzymałości klubowej obsługi, miałam okazję zaobserwować, że jest ona bardzo nieprzyjemna – głównie ta na bramkach. Ponadto – wejście zawsze jest płatne – niezależnie od płci i dnia – 10 złotych to minimum. Kiedyś kwota ta obejmowała wszystkie sale. Teraz spotkało nas nieprzyjemne zaskoczenie – dolna sala (do której w sumie głównie przychodzimy), była dodatkowo płatna. No i obowiązuje selekcja – co może być rozważane zarówno w kategorii plusów, jak i minusów.
Wiele osób uważa, że… co tu dużo mówić, o Prozaku 2.0, świadczy sama jego nazwa. Prozac to przecież nic innego jak organiczny związek chemiczny, który stosowany jest jako lek przeciwdepresyjny. W związku z czym wielu bywalców Prozaka 2.0, raczej nie ma nic przeciwko takiej i innej „pigułkce szczęścia”. Pewnie dlatego, wiele osób klub ten nazywa „ćpalnią” (odpowiednik Katowickiego „Inqbatora”, czy Warszawskiej „Smolnej”, albo „Luster”). Ja osobiście tylko raz spotkałam się z proponowaniem mi czegoś, czego zwolenniczką nie jestem. Poza tym, tak jak wspominałam, każdy raczej zajęty jest tylko sobą i nie ingeruje w sposób zabawy innych klubowiczów.
Pomimo moich dobrych wspomnień z tego miejsca, uważam, że Prozak 2.0, lata świetności ma już za sobą. Nie wiem, czy to jakaś zależność, czy to po prostu ja się starzeję, a moje wymagania są coraz większe – a co do klubów jestem serio wybredna, tak odnoszę wrażenie, że kiedyś było lepiej. Jednak – jeżeli nigdy nie miałeś okazji sprawdzić tego klimatu, mimo wszystko polecam być choć raz.